Autor: wrobelmarta (page 1 of 2)

Kiedy napięcie rośnie…

Jacek Walkiewicz w jednej ze swoich książek napisał, że za wstydem stoi już tylko samobójstwo. Uczucie wstydu jest tak silnym i deprecjonującym odczuciem, że człowiek zrobi bardzo wiele by go do siebie nie dopuścić. Jeśli mimo wszystko czara wstydu się wyleje, często staje on przed czarną przepaścią końca wszystkiego.

Czym jest zatem wstyd?

Nieodzownie jest on powiązany z tym co myślą o nas inni. Czasem odczuwamy wstyd wyłącznie wewnątrz siebie, żałując czegoś co zrobiliśmy niewłaściwie i czego nie możemy już cofnąć. Najgorsza forma wstydu jest wtedy gdy istnieje ryzyko, że inni ludzie odkryją nasz sekret i zostaniemy odrzuceni. Należy pamiętać, że bycie odrzuconym jest najpoważniejszą z ludzkich obaw.

Często wstydzimy się siebie, swoich potrzeb, marzeń, pragnień. Jeżeli w dzieciństwie krytykowano nas za nasze specyficzne zachowania (zwłaszcza obiektywnie nie negatywne) lub wygląd, mamy tendencję do odcinania się od tej części naszego wnętrza, która naraża nas na wykluczenie i brak akceptacji otoczenia (w naszym odczuciu nas naraża). Żyjemy w dysonansie. Z jednej strony pragniemy się rozwijać, nasze ukryte potrzeby próbują przebić się na powierzchnię, a z drugiej przyjmujemy wyuczony schemat postępowania (maskę) by nie narażać się otoczeniu. Trwamy w napięciu trzymając wszystkie linki tej konstrukcji w mocno zaciśniętej dłoni, by nie pozwolić jej runąć.

Poza wstydem lub w powiązaniu z nim towarzyszą nam również inne bolączki wzmagające konieczność utrzymywania fasady. Boimy się bezbronności wynikającej z całkowitej szczerości, boimy się wstrząsu jaki pozostawia po sobie porażka, boimy się wkraczać w nowe środowiska, boimy się, że nasze dzieci nie będą takie jakbyśmy sobie wyobrażali. Przeraża nas utraty materialnych rzeczy. Perspektywa choroby lub śmierci jest dla nas nie do przyjęcia. Tak wiele energii wkładamy w to by się bronić, przed swoimi lękami, przed światem zewnętrznym.

Jaką cenę płacimy za utrzymywanie fasady?

Każdy mógłby część powyższego tekstu dopasować do siebie, przeważająca większość ludzi przeżywa większość lub część z wymienionych wyżej doznań (oraz wiele innych). Wszyscy stosujemy właściwe sobie mechanizmy obronne. Jedni w poczucia zagrożenia wycofają się, inni przyjmą postawę defensywną, jeszcze inni będą bardzo wylewni albo z premedytacją będą upokarzać innych, budując tym samym własne ego. Za każdą z tych reakcji stoi strach.

Nawykowo strach zwalczamy napięciem. Spinamy się w sobie by pokonać zagrożenie. Szukamy natychmiastowej gratyfikacji by poczuć choć chwilę ulgi. Palimy, pijemy, zjadamy tony niezdrowego jedzenia, pędzimy samochodem, podnosimy głos, roznosi nas w korku czy w  kolejce. Nie potrafimy zwolnić. Reagujemy impulsywnie, bez namysłu, choć prawie nigdy sytuacja tego nie wymaga.

Jedni wskutek szybkiego tempa zapadają na różne somatyczne choroby, bóle głowy, bezsenność, chorobę wrzodową, wysokie ciśnienie krwi. U innych po przekroczeniu granicy wytrzymałości życia w napięciu pojawi się lęk, depresja, wypalenie.

Fasada się chwieje, w końcu się przewraca.

Co dalej?

Dalej jest różnie. Większość próbuje wykorzystać jedyne znane im metody na radzenie sobie z przykrymi i przytłaczającymi doznaniami, czyli zagłuszyć je (alkohol, leki, inne środki odurzające, uzależniające rozrywki). Inni poszukają pomocy u specjalistów. A u części zrodzi się potrzeba poszukania spokoju, odkryją oni bowiem, że to co ich męczy płynie głęboko ze środka i to z tym środkiem należy pracować. Poczują, że w uciekaniu i szarpaniu się nie znajduje się wyjście. Zapragną puścić wszystko czego tak kurczowo trzymali się dotychczas. Medytują, odpuszczają, uczą się słuchać siebie. A potem jest inaczej niż było dotychczas, spokojniej, głębiej, pełniej, jaśniej. Nie potrzeba się już napinać, już nic się w głowie nie kotłuje, nie trzeba się tak mocno chronić. Można żyć w pełni.

 

 

 

 

 

Co z tą motywacją w medytacji?

Najczęstsze pytanie jakie dostaję to: jak zmotywować się do medytowania albo co robić jak nie chce mi się medytować? Przyznam, że choć rzadko burzy mi się krew, to w tym wypadku trochę tak jest.

Serio?

Pytanie bowiem o motywację do medytacji jest samo w sobie dość sprzeczne. Medytacja jest formą pracy z własnymi emocjami, jest procesem poznawania siebie i zaglądania głęboko do własnego wnętrza. Jeśli więc potrzebujesz motywacji do tego by rozpocząć lub utrzymać praktykę to w moim odczuciu prawdopodobnie nie jesteś dostatecznie dojrzały do tej decyzji. Jeżeli cierpisz na zaburzenia lękowe i również zadajesz powyższe pytania, to nie jesteś jeszcze pod tak wielką ścianą by spróbować z pełnym zaangażowaniem również i tej metody.

Sukces jest dla nielicznych

Trochę kontrowersyjny podtytuł ale niestety bardzo prawdziwy. Bloga prowadzę raptem cztery miesiące. Jeszcze nawet w połowie nie rozwinęłam się tak jak bym chciała, a już najliczniejszy feedback jaki dostaję to właśnie ten o porzuceniu praktyki z powodu braku motywacji. To z jednej strony jest przykre, że ludzie nie chcą wykorzystać szansy jaką mają, a z drugiej całkiem normalne. Statystycznie bowiem w mniejszości są Ci, którzy doprowadzają zadania do końca w efekcie czego osiągają ponadprzeciętne wyniki. Bardziej typowym zachowaniem jest porzucenie działania. To prostsze niż permanentne, długotrwałe zaangażowanie i cierpliwe oczekiwanie na efekty. To widać na przykład po osobach, które chcą zrzucić zbędne kilogramy. Mimo, że narzędzia w postaci diet, zdrowej żywności czy różnych aktywności są dostępne dla każdego, to jednak nieliczni osiągają tutaj pełny sukces. I podobnie jak w praktyce medytacyjnej, muszą na niego czekać minimum kilka tygodni, a czasem nawet i kilka lub kilkanaście miesięcy. Wytrwałość jest więc kluczem do osiągnięcia spokoju, o czym trąbię od początku pisania bloga.

Po co chcesz medytować?

Dlaczego właściwie to czytasz? Jeżeli cierpisz na zaburzenia lękowe i chcesz się wreszcie poczuć lepiej to na pewno warto nie torpedować pomysłów, które mogą Ci pomóc. Poleżenie na kanapie i zatopienie w ciężkich myślach nie przyniesie ulgi. Spanie może na krótką metę Cię odetnie, ostatecznie wszystko jedynie pogłębi poczucie bezradności. Zamiast tego usiądź i pobądź (instrukcja TUTAJ). Codziennie chociaż chwilę. Uprawiaj ruch, jakikolwiek. Lepiej się odżywiaj, jeśli jeszcze tego nie robisz. Zauważ, że masz ciało, posłuchaj go. Ono Ci już dawno mówiło i ciągle mówi co jest nie tak. Jeżeli samodzielnie trudno Ci medytować to mam dobrą wiadomość. Od jesieni planuję rozpocząć serię warsztatów. Szczegóły podam wkrótce na blogu i na fanpejdżu.

Zjedz słonia po kawałeczku

Stojąc przed nowym wyzwaniem, zazwyczaj w całościowym ujęciu jawi się ono jako ogrom pracy, którą trzeba wykonać. To przytłacza. To również jeden z czynników, który skutecznie zniechęca nas do działania. Efekt za kilka tygodni, a nawet miesięcy? Nie biorę się nawet za to. Ja tylko zwrócę uwagę na jedną rzecz, ten czas i tak upłynie. Czy tego chcesz czy nie. On minie. Możesz za tych kilka miesięcy być tu gdzie jesteś, a możesz być kilometry dalej. To jest rzecz, która zależy wyłącznie od Ciebie. Odrobina wysiłku dziennie posunie Cię do przodu. Metoda małych kroków to zdecydowanie lepsza strategia niż spektakularne skoki. Te drugie rzadko zostają zrealizowane, tkwią jedynie w pobożnych życzeniach marzycieli. Nic nie zmieni się z dnia na dzień, równowaga jest efektem dostrzeżenia tego, że klucz tkwi w SLOW, a nie w FAST.

Miało nie być motywująco ale jakoś tak wyszło 😉

Pamiętaj więc, że umiejętności i predyspozycje do tego by poczuć się lepiej ma każdy. Wytrwałości, pokory i cierpliwości brakuje za to wielu.

Marta

Dolegliwości towarzyszące – derealizacja, trudności w kontaktach

Odrealnienie

Pierwsze doświadczenie derealizacji bywa jednym z najtrudniejszych przeżyć dla osoby niezorientowanej na co cierpi. Poczucie oderwania od rzeczywistości, przebywanie jakby poza sobą, poczucie bycia w innym wymiarze myślowym, odbieranie świata w sposób odmienny niż dotychczas, brak kontaktu z własnymi uczuciami w pierwszym zetknięciu zdają się świadczyć o chorobie psychicznej. Nic bardziej mylnego. Podstawową przyczyną odrealnienia w zaburzeniach nerwicowych jest lęk. Przebywanie w stanie derealizacji następuje wskutek spadku dopaminy i wzrostu adrenaliny, co jest naturalną defensywną reakcją mózgu na nadmiar bodźców. Chorzy często określają ten stan: snem na jawie, wrażeniem braku spójności z otoczeniem, pustką w głowie, pustką emocjonalną (nie odczuwają miłości, pożądania, radości – mają wrażenie, że uczucia przestały istnieć). Jest to stan przejściowy i niegroźny.

Kontakty z innymi ludźmi

W trakcie przeżywania zaburzeń lękowych chory  jest bardzo zaaferowany własnymi problemami, trudno więc zwracać mu uwagę na drobnostki życia codziennego. Zainteresowanie światem stopniowo maleje. Kontakt z innymi ludźmi jest mocno utrudniony bo chory permanentnie kieruje swoją uwagę do własnego wnętrza. Świat introspekcji w jakim żyje jest tak obciążony cierpieniem, że nie ma możliwości by dostroił się do innych osób potrafiących czerpać radość z życia. Chory wycofany jest z normalnego świata i nie wróci do niego dopóty, dopóki nie zacznie na powrót się nim interesować. Dopiero zainteresowanie i zaangażowanie pozwoli mu raz jeszcze stać się częścią otaczającego go świata. Impas polega na tym, że uczucie oderwania od rzeczywistości skłania chorego do niecierpliwego pragnienia natychmiastowego powrotu do rzeczywistości, którą znał wcześniej, czyli do wyzdrowienia. Nie ma jednak możliwości by stało się to gwałtownie i natychmiast, bo powrót do równowagi jest zawsze procesem rozciągniętym w czasie, a przechodzenie między światem lęku, a światem spokoju jest ZAWSZE stopniowe.

Emocje

Derealizacja powoduje złudzenie utraty uczuć. Stan ten jest niezwykle ciężki dla rodziców, gdyż wydaje im się, że nie kochają oni swoich dzieci. Określają to mianem próżni w miejscu, gdzie kiedyś przelewały się uczucia. Jest to jednak efekt długofalowego odczuwania lęku. Wymuszanie uczuć i próby przywrócenia ich na siłę są złym rozwiązaniem. Akceptacja stanu rzeczy oraz pogodzenie się z koniecznością czekania na ich powrót oraz uwalnianie napięcia poprzez medytację stopniowo przywróci dawne emocje.

Inny poziom

Dla mnie również uczucie derealizacji było wyjątkowo ciężkie. Pamiętam zarówno okres, w którym doznałam tego po raz pierwszy jak i moment kiedy to ustąpiło. Nazywałam to uczucie „innym poziomem”. Odbierałam wówczas rzeczywistość jakby była za zamkniętymi drzwiami, niby słyszałam co się tam dzieje, ale to było bardzo płaskie i stłumione. Dryfowałam po ulicach czując się jak w Matrixie. Miałam wrażenie, że tylko ja jedna dostrzegam, że jest jakiś inny wymiar funkcjonowania. To napawało mnie lękiem o zdrowie psychiczne, bo aż prosił się wniosek, że takie odczuwanie doprowadzi mnie w najlepszym razie do Rybnika lub Tworek. Nie przeszkadzało to jednak w wypełnianiu codziennych obowiązków. Ograniczało znacznie możliwość kontaktów z innymi ludźmi, nie było mowy o głębszych relacjach czy zażyłościach ale dało się z tym żyć. Pamiętam również kiedy to przeszło. To było już po kilku miesiącach medytacji, Wigilia Bożego Narodzenia. Wieczór w dużym gronie rodzinnym. Pamiętam, że ktoś powiedział coś bardzo zabawnego, a ja wybuchłam śmiechem, szczerym, głębokim, prawdziwym śmiechem, którego nie było od wielu miesięcy. Pamiętam, że poczułam, że tam jestem, że zauważyłam ten śmiech, poczułam zapach dań, choinki. Jakby ktoś wreszcie przestał trzymać mnie na standby’u. Wróciłam.

Dolegliwości towarzyszące – utrata pewności siebie

Każdy człowiek istnieje w trzech płaszczyznach czasowych: w przeszłości, przyszłości i teraźniejszości.

CZAS PRZYSZŁY

Przyszłość jest zawsze nieznana. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć tego co nas może spotkać, dlatego czas przyszły często wiąże się z lękiem. Rozumiemy, że aby żyć musimy ciągle dążyć do nieznanej przyszłości i przekształcać ją w znaną przeszłość. Proces ten wymaga od nas wysiłku oraz odwagi. Według R. Ingardena przyszłość może być konstruktorem lub destruktorem. Gdy odważnie wkraczamy w ciemność przyszłości po to by przebić ją światłem własnej aktywności, staje się ona wówczas przyszłością konstruktywną. Tworzymy ją, modelujemy, czas nas cieszy, rozwijamy się. Gdy jednak nasza postawa jest bezradna, a mrok nieznanego odbiera siłę do życia i jawi się wyłącznie jako śmierć i katastrofa, przyszłość taka jest destruktorem naszego życia.

ZAPROGRAMOWANIE

Przyszłość stanowi podstawową składową wszystkich układów samosterujących. Przyszłość w postaci określonego celu stanowi element programu, który dzięki sprzężeniu zwrotnemu jest informowany o tym jak program jest realizowany i w zależności od tych informacji plan może ulegać modyfikacji. By realizować program, układ musi pokonywać różne trudności, a więc zawsze istnieje rozbieżność między tym co zaplanowane, a tym co wykonane. Możemy wyróżnić przyszłość subiektywną, która jest pewnym planem i przyszłość obiektywną, która stanowi jego realizację. Dysonans między przyszłością subiektywną, a obiektywną stanowi źródło napięcia, które jest cechą życia.

PRZESZŁOŚĆ

Mimo fundamentalnego znaczenia przyszłości w życiu człowieka, nie da się zapomnieć o jego przeszłości. Przeszłość stanowi bowiem niemożliwy do odcięcia bagaż. Bagaż, który niejednokrotnie hamuje umiejętność kształtowania przyszłości. Dziś dla nikogo nie powinno być zaskoczeniem, że lata dzieciństwa rzutują na resztę życia. Zaś ich zabarwienie emocjonalne rzutuje na koloryt uczuciowy dorosłego człowieka. Przeszłość to nie kadr z filmu, który można wyciąć. Owszem można udawać, że jej nie ma, ale to tylko pogarsza samopoczucie i pogłębia poczucie nierozwiązywalności problemów. Niejednokrotnie wstydzimy się samych siebie, dziwimy się, że mogliśmy się w przeszłości zachować tak, a nie inaczej. Czujemy wstręt do siebie. Gdy przyszłość jest zatrważająca, cofamy się do przeszłości. Formy zachowania utrwalone w przeszłości wydają się pewniejsze niż te, które tworzą się w teraźniejszości. Gdy przeszłość budzi lęk, znajdujemy się w sytuacji zamknięcia, bez wyjścia. Przed przeszłością chce się uciec w przyszłość, a przed przyszłością w przeszłość. Impas.

PEWNOŚĆ SIEBIE

Człowiek, jak każda istota, musi mierzyć się ze swoją przyszłością. Jednocześnie jednak musi mieć silne poczucie sprawczości i mocy względem tych elementów, które są niepewne i niemożliwe do ocenienia w kontekście przyszłych zdarzeń. Inaczej bowiem ( tak jak to się dzieje w nerwicy i depresji) wycofuje się w przeszłość lub tkwi w teraźniejszości. W zaburzeniach nerwicowych to uczucie mocy i wpływu zostaje utracone. Chory nie wie, co spotka go w dniu następnym, ma poczucie stąpania na grząskim gruncie. Nie ma odwagi rzutować w przyszłość, a przeszłość stanowi zazwyczaj wielki ciężar. Przyszłość wydaje się niepewna i chaotyczna ( płynie to z wnętrza zaburzonej jednostki), a przeszłość odpycha.

Wiele osób twierdzi, że odczuwa to jako chwiejność charakteru. Nieumiejętność podjęcia żadnego przedsięwzięcia z głębokim poczuciem braku siły, kompetencji i mocy. Uczucie to jest podsycane napadami lękowymi i brakiem władzy nad tym stanem.

TERAŹNIEJSZOŚĆ

Skupienie na chwili obecnej stanowi ogromne wsparcie w budowaniu pewności siebie. Bez względu na trudy przeszłości i fatalistyczne projekcje na przyszłość, jedyne co człowiek posiada w danej chwili to właśnie ten moment, ten dzień. Nic poza tym co jest teraz nie jest pewne ani uchwytne. O ile nie da się żyć w całkowitym oderwaniu od pełnego kontekstu czasowego o tyle realny wpływ ma się na to co jest teraz. Kształtowanie pojedynczych dni i docenianie nawet drobnych sukcesów stanowi powolne i stopniowe budowanie fundamentu trwałego i stabilnego poczucia własnej wartości. Akceptacja przeszłości (z całym jej inwentarzem) oraz praca w teraźniejszości dają coraz większe poczucie mocy i sprawczości w czasie przyszłym. Medytacja jest oczywiście jedną z podstawowych praktyk pomagających w byciu tu i teraz. Stanowi klucz w procesie uwalniania się od demonów tego co już się wydarzyło i wchodzeniu z zaangażowaniem i zaufaniem w to co będzie.

Dolegliwości towarzyszące – bezsenność i TO uczucie o poranku

Cierpiąc na nerwicę lękową lub żyjąc w silnym stresie może dochodzić do zaburzeń snu. Występują dwa najbardziej charakterystyczne zaburzenia snu i w zależności od jednostki mogą być odczuwane razem lub osobno.

Bezsenność

Wieczór jest porą, która jednym przynosi wielkie ukojenie i uczucie jakby wszystkie złe objawy zniknęły, rodzi się nawet przekonanie i założenie, że rano będzie znacznie lepiej bo przecież teraz jest całkiem w porządku. Wieczór jest pewnego rodzaju ulgą po ciężkim dniu, objawy słabną lub wydają się w ogóle nie istnieć. Dla innych to najtrudniejsza pora dnia, gdyż ciemność, zbliżająca się noc, samotne przebywanie w sypialni czy inne lęki związane ze zmrokiem ujawniają swoją egzystencję.

Jedni zasną bez większych problemów, za to poranek będzie dla nich bardzo trudny. Innym przy zasypianiu mogą towarzyszyć ataki paniki, napady gorąca, szybkie tętno i natrętne myśli dotyczące analizy całego dnia, zwłaszcza wszystkich popełnionych błędów.

Sen jest najczęściej płytki i przerywany gwałtownymi pobudkami lub koszmarami. Charakterystyczny dla osób silnie zestresowanych jest sen, w którym widzą oni samych siebie w pokoju, w którym śpią. Coś nieokreślonego siedzi na ich klatce piersiowej, jest ciężkie i nie da się tego zrzucić. Śpiący ma wrażenie, że się dusi. Gdy jest na granicy niemożności złapania oddechu gwałtownie się wybudza, często z koniecznością otworzenia okna i zaczerpnięcia świeżego powietrza.

TO uczucie o poranku

Poranek jest w pewnym sensie niezwykły i bardzo charakterystyczny. Choćby nie wiem jak miły i przyjemny był wieczór, osoba znerwicowana najczęściej wybudza się gwałtownie bardzo wcześnie rano (4-5) z mocnym nasileniem wszystkich objawów. Przede wszystkim jest sparaliżowana lękiem, ciało jest napięte do granic możliwości, perspektywa nowego dnia jest silnie przytłaczająca. W niektórych źródłach określa się to mianem porannej depresji lub ostrzem poranka. I choć nie do końca wiadomo dlaczego tak się dzieje (różne pozycje książkowe podają różne wyjaśnienia) to jest to jedna z najbardziej charakterystycznych dolegliwości przy wszystkich zaburzeniach lękowych i depresyjnych. Ze swoje perspektywy mogę powiedzieć, że był to objaw utrzymujący się najdłużej. Jeżeli więc nie cierpisz na zaburzenia lękowe, ale Twoje poranki wyglądają jak opisane powyżej, osobiście radziłabym skonsultować to z lekarzem i nie bagatelizować tej kwestii.

Jak sobie radzić z bezsennością?

Jeżeli masz problem z zaśnięciem spowodowany nasilającymi się objawami choroby (poza oczywistą w tej sytuacji wizytą u lekarza) możesz wykorzystać następujące techniki:

Bodyscanning

Leżąc na plecach, w sposób świadomy rozluźniaj poszczególne partie mięśni. Zacznij od stóp, przejdź przez łydki, uda, biodra, brzuch, ramiona, przedramiona, dłonie, kark, szczękę (!), policzki, oczy(!), czoło(!). Zrób to kilkakrotnie. To najprostsza metoda wprowadzania ciała w stan relaksu. Bywa bardzo pomocna przy zaśnięciu. Koncentrujesz wówczas myśli na mięśniach, a skuteczne ich rozluźnienie pomaga wyciszyć się przed snem.

Czytanie książek

To jedna z najlepszych i najpowszechniejszych technik relaksacji przed snem. Jeżeli cierpisz na zaburzenia lękowe warto czytać pozytywne historie ludzi, którzy wyzdrowieli, opis mechanizmu wychodzenia z nerwicy, lub książki o neutralnej miłej tematyce (na przykład podróżnicze).

Uważność

Pamiętaj, że wszystkie Twoje objawy są napędzane przez Ciebie, reagujesz na nie tak mocno bo jesteś uwrażliwiony. Pozwól myślom być. Wejdź w panikę, nie uciekaj przed nią. Jeżeli dręczy Cię jakaś historia, staraj się za nią nie podążać. Nie wałkuj jej w głowie o godzinie 22.00 lub później bo i tak nie zmienisz losów świata, zostaw to do rana.

Rozwiąż to

Jeżeli dręczy Cię nierozwiązana sprawa, a da się ją rozwiązać zrób to jak najprędzej. Pamiętaj, że prokrastynacja (ciągłe odkładanie na później rzeczy ważnych do zrobienia) jest przyjaciółką choroby i bardzo ją wspiera.

Jak sobie radzić z TYM uczuciem o poranku?

Najważniejsza kwestia to wstanie zaraz po przebudzeniu. Czym szybciej organizm zaadaptuje się do rzeczywistości tym szybciej TO uczucie zniknie. Leżenie w łóżku i przeżywanie tego, że źle się czujesz na pewno nie pomoże, a jeszcze utrudni pozytywne rozpoczęcie dnia. Zaakceptuj to uczucie, nie walcz z nim i nie podchodź do tego tak, że skoro TO czujesz to dzień będzie beznadziejny i Ty jesteś beznadziejny. To uczucie będzie Ci towarzyszyć jeszcze jakiś czas. Warto więc zacząć traktować go jako normę, nie dawać mu zbytniej uwagi, nie roztrząsać i nie rozpaczać. Przebudzić się, wstać i dać mu się rozejść.

I jak zawsze MEDYTOWAĆ. Zwłaszcza przed snem, wystarczy 20 minut. ?

Dolegliwości towarzyszące – obsesja

Długotrwałe przeżywanie stanów lękowych doprowadza do powstawania różnych pobocznych dolegliwości. Nie każdy cierpiący na chorobę nerwową będzie przeżywał je wszystkie, można jednak wyróżnić zbiór charakterystyczny dla tych zaburzeń. Najpowszechniejsze trudności towarzyszące to: obsesje, bezsenność, ostrze poranka, depresja, utrata pewności siebie, trudności w kontaktach z ludźmi, trudność w powracaniu do domu i obawa.

Tym artykułem chciałabym rozpocząć cykl omówienia każdego skutku ubocznego z osobna.

OBSESJA

Obsesja to rodzaj zachowań i myśli, które w sposób kompulsywny, powracający i niepokojący atakują chorego. Ofiara może cierpieć na więcej obsesji niż jedną. Przez wzgląd na wyczerpanie, które jest podstawą zaburzeń w zasadzie każda myśl, która w jakiś sposób niepokoi chorego, może stać się obsesją. Można wyróżnić trzy rodzaje obsesji.

Obsesja pierwsza

Obsesja pierwsza to nawyka powtarzania jakiegoś rytuału. Chory skupia się na ciągłym ponawianiu jakiegoś zachowania, które ma wyciszyć lęk za nim się kryjący. Przykładowo osoba obsesyjnie bojąca się zarazków będzie wielokrotnie w ciągu dnia myła ręce. Osoba bojąca się pożaru będzie wiele razy sprawdzać czy żelazko jest wyłączone, czy kuchenka jest zakręcona itd.  Kiedy chory zda sobie sprawę ze swojej kompulsywności, jego lęk prawdopodobnie jeszcze się pogłębi ponieważ oceni siebie jako niezrównoważonego. Wyczerpanie psychiczne i emocjonalne jakie towarzyszy zaburzeniom lękowym, nie pozwala chorym spojrzeć samodzielnie z innej perspektywy. Wyczerpanie oczywiście nie wynika z powtarzania pewnych czynności, a z napięcia jakie temu towarzyszy. Czynność bowiem powielana jest po to by ukoić nerwy i zapanować nad sytuacją. Istotną kwestią jest to, że nie musi istnieć żadna głęboko zakorzeniona przyczyna lęku przed zarazkami, pożarem itd. Obsesje bowiem najczęściej dotykają człowieka i uwrażliwionego i przeczulonego na bodźce. Błędem chorego jest ciągłe podejmowanie walki z obsesją, próby jej zahamowania i zapomnienia o niej. Czym bardziej stara się wyprzeć istnienie obsesji tym mocniej ona będzie się go trzymać.

Obsesja druga

Drugi rodzaj obsesji, to pewien zbiór myśli dotyczących możliwości wyrządzenia krzywdy komuś kogo się kocha (najczęściej matka boi się, że mogłaby zrobić krzywdę swoim dzieciom). Skutkiem tego rodzaju myśli jest zazwyczaj obezwładniająca panika. Reakcje emocjonalnie chorego są niesamowicie silne i nieproporcjonalne wielkie względem rzeczywistej wagi tych myśli. Kiedy w głowie chorego pojawia się obraz, w którym potencjalnie robi krzywdę komuś bliskiemu czuje zupełną dezorientacją. Oderwanie od jego własnych emocji nie pozwala mu poczuć, że nigdy nie byłby do tego zdolny, nabiera on wątpliwości wobec własnej moralności co tylko pogłębia poczcie lęku. Ucieka od tych myśli i próbuje ich uniknąć utrwalając jedynie przyjęty schemat. W tej kategorii obsesji mieszczą się również grzeszne myśli. Najczęściej atakują osoby głęboko wierzące i chcące żyć w pełnej zgodzie z jakąś religią. Myśli te będą dotyczyć seksualności i różnych czynów, które stawiałaby chorego w miejscu, gdzie zasługuje na największe potępienie.

Obsesja trzecia

Trzeci rodzaj dotyczy głębokiej introspekcji. Chory całkowicie skupia się na sobie, na swojej chorobie, na jej objawach. Bezustannie pogrążony jest we własnych myślach. Nawet jeśli chwilowo przenosi uwagę na inne tematy, jego myśli wciąż uciekają do wnętrza. Prowadzi to do poczucia, że nie może on oddzielić działań od swojego umysłu.

Jak sobie z tym radzić?

Kluczem w drodze do sukcesu jest zrozumienie mechanizmu działania obsesji. To znajome koło, w którym na objawy reaguje się lękiem, a reakcja lękowa wywołuje kolejne objawy. Napięcie, które temu towarzyszy obniża zdolność obiektywnej oceny sytuacji, nerwy coraz mocniej się uwrażliwiają więc coraz trudniej wyjść z zaklętego kręgu. Podstawowymi warunkami sukcesu są: obniżenie napięcia, zrozumienie, że nie jesteś swoimi myślami, akceptacja zarówno aktualnego stanu rzeczy jak i zgoda na to, że jeszcze przez jakiś czas będziesz się czuć kiepsko.

We wszystkich czterech powyższych warunkach sukcesu zbawienne jest praktykowanie medytacji wyciszenia. Praktyka bowiem w znacznym stopniu poprawia zdolność akceptacji stanu obecnego, akceptacji i obserwacji swoich myśli,  skutecznie obniża napięcie (odczuwalne już od pierwszych sesji) oraz wyraźnie oddziela nas od naszych myśli.

W moim odczuciu mechanizm poradzenia sobie z tym trudnym stanem w gruncie rzeczy jest bardzo prosty, wystarczy zauważyć pewne zależności, które tym zjawiskiem rządzą. Czym większe napięcie, opór, próba wyparcia – tym gorsze samopoczucie i oddalanie się od celu. Czym więcej akceptacji i wyciszenia tym słabsze reakcje lękowe i ostateczne wyciszenie. Wiem jednak, z własnego doświadczenia, że przebywając ciągle w bardzo wysokim napięciu traci się zdolność jasnej oceny sytuacji oraz zaufanie do siebie i innych. Chory nastawiony jest podejrzliwie, stan chorobowy, w którym tkwi jest straszny ale znany. Decyzja o upragnionej zmianie bywa bardzo trudna do podjęcia, dlatego tak często piszę, że pierwszym krokiem jest wzięcie odpowiedzialności za siebie na siebie. Nie ma takiej możliwości, że choroba przejdzie sama. To się nie wydarzy. Tu trzeba pracy nad sobą. Jestem absolutnie pewna, że każdy nawet najmniejszy wysiłek zaowocuje pozytywnym efektem. Czasem wystarczy pierwsze pozytywne skojarzenie, które popchnie zlęknionego do dalszych prób, a ostatecznie do wolności od chronicznego lęku i cierpienia.

Co z tymi myślami?

To chyba najczęściej powracające pytanie, zarówno w kontekście zaburzeń nerwicowych jak i samego praktykowania medytacji. Cierpiąc na nerwicę czy depresję, jedną z największych bolączek osób chorych są ruminacje. To ciągłe przetwarzanie w głowie wszelkich życiowych porażek, to rodzaj obsesyjnych myśli, które uporczywie nawracają i nad którymi chory w sposób świadomy nie potrafi zapanować. Ruminacje są jak ciągłe odtwarzanie tego samego filmu i stanowią jedną z przyczyn zapadania na depresję. Myśli bowiem mają silny związek z uczuciami, to myśli generują nastrój ( zanim chory zrozumie, że może być inaczej).

Schematy myślowe

W sytuacji gdy człowiek cierpi na zaburzenia lękowe ruminacje tworzą pewne schematy i obracają się wokół podobnej tematyki. Najczęściej dotyczą tych tematów, które „udowadniają” beznadziejność i słabość chorego w jego własnych oczach oraz obrazują wyimaginowaną „najgorszą” wersję siebie. W przypadku osoby ambitnej będą to porażki, w przypadku głęboko wierzącej grzeszne myśli. Młoda matka może cierpieć z powodu myśli dotyczących porażki wychowawczej lub wyrządzenia dziecku krzywdy. Oprócz tego ruminacje często dotyczą tematów związanych z zapadaniem na chorobę psychiczną, ze śmiercią, chorobą serca, chorobą nowotworową. W przypadku hipochondrii, która bywa często jednym z elementów zaburzeń nerwicowych, myśli dotyczą obsesyjnego skanowania swojego ciała w poszukiwaniu potwierdzenia istnienie jakiejś choroby.

Ruminacje, a medytacja

Ruminacje stanowią pewną przeszkodę w początkowym etapie medytacji. Osoby początkujące bardzo często skarżą się na niemożność oderwania się od przytłaczających scenariuszy wypełniających ich głowy. Paradoks sytuacji polega na tym, że to właśnie medytacja ma nauczyć chorego zupełnie innego spojrzenia na problem. Sednem medytacji bowiem (zarówno MBSR jak i SMT) jest zauważenie, że nie jesteśmy naszymi myślami i, że mamy na nie wpływ. Nie działa to jednak w taki sposób, że siłą woli możemy je kontrolować i zmieniać (zastępować złe myśli innymi, które uważamy za dobre), bo taka jest pokusa początkujących, a raczej dostrzegać je i akceptować. Przyglądać się im, zauważać, że płyną przez umysł ale nie wysilać się na ich zmianę oraz nie traktować ich w sposób oceniający. W medytacji nie próbujemy zmienić myślenia, myśląc jeszcze więcej. Jedynie obserwujemy samą myśl. Jeśli zaczniemy je obserwować, nie dając się w nie wciągnąć osłabiamy chory wzorzec. W miarę praktyki wzorzec zmienia się sam z siebie wzmacniając naszą integrację, zrozumienie i współczucie.  To może brzmieć abstrakcyjnie, ale jeżeli usiądziesz do medytacji i spróbujesz to szybko zrozumiesz o co chodzi.

Czy pozytywne myślenie szkodzi?

Do pewnego stopnia pozytywne myślenie jest w porządku. Niejednokrotnie bowiem pozwala przetrwać trudne okresy w życiu i  daje nadzieję na lepsze jutro, zwłaszcza w ciężkich okolicznościach. Każdy z nas zna zapewne osobę, która jest bardzo pozytywna ale nieco oderwana od rzeczywistości. O wielu rzeczach fantazjuje (czego to nie kupi, gdzie nie pojedzie, czego nie zrobi) ale nigdy tego nie realizuje. Często nie rozwiązuje bieżących problemów licząc, że rozwiążą się same, skupia się na doraźnych przyjemnościach (często nałogach), nie posiada szczególnych życiowych celów. To rodzaj pozytywnego myślenia, który pozbawia przytomności i realnej oceny sytuacji. Odbiera ono również narzędzia by korygować i modyfikować działania w celu poprawy jakości życia. Pozytywne myślenie może być takim samym więzieniem jak negatywne, jeżeli przybiera postać ciągłego dryfowania w świecie fantazji.

Na zakończenie

Będąc usidlonym przez negatywne myśli wydaje nam się, że nie istnieje inny sposób funkcjonowania naszego umysłu. Ten schemat tak mocno zostaje wyryty w naszych głowach, że odmienna forma jest nieosiągalna. Piszę tego bloga między innymi po to by uświadomić czytelnikom, że wiele zmian jest możliwych. Warto zacząć od zaakceptowania faktu, że ludzki mózg jest niebywale potężny, a nauka naprawdę wiele już o nim wie. Umysł człowieka jest bardzo plastyczny. Można na niego wpływać i go formować, jest tylko jedna kluczowa kwestia – nikt tego nie zrobi za Ciebie. I to nie jest utarty frazes, praca nad sobą zaczyna się od wzięcia odpowiedzialności za siebie na siebie. Potem już jest coraz prościej.

 

Joga

W serwisie Netflix’a dostępny jest dokument: Jestem Maris, portret młodej joginki.

Film, który powinien obejrzeć każdy rodzic oraz osoby zmagające się z zaburzeniami odżywiania. Wzruszająca historia pięknej młodej dziewczyny, która przeszła przez mrok lęków, ataków paniki i anoreksję. Historia, w której wątki: emocji dorastania, relacji rodzinnych, małomiasteczkowości, rywalizacji, odrębności i jogi przeplatają się ze sobą jak nici, które ostatecznie tworzą całe płótno. Film łapie za serce, buduje i daje nadzieję.  Naprawdę warto.

Dlaczego joga?

Medytuję od siedmiu lat. Od ośmiu miesięcy praktykuję jogę.

Trudno mi powiedzieć dlaczego spróbowałam właśnie jogi. Zaczęło się od poszukiwania aktywności fizycznej, która dawałaby mi radość. Jestem z tych osób, które z jednej strony nigdy nie były uzdolnione sportowo ale z drugiej bardzo lubię ruch (trekking górski, spacery, rower). Poszukiwałam więc czegoś co będzie ze mną rezonować i czemu będę mogła poświęcać czas w zaciszu domowym. Spróbowałam jogi. Nie poszłam na zajęcia zorganizowane, wyjęłam starą matę i włączyłam YT. Tak poznałam Gosię Mostowską, której uczennicą jestem do dziś. Wcześniej nie miałam z jogą żadnej styczności, nie znałam asan, nie wiedziałam co jest istotne. Gosia nagrała kilka filmów dla początkujących, więc powoli zapoznawałam się z tematem i oceniałam własne możliwości. Poczułam, że praktyka sprawia mi wielką radość. Rozgrzewanie, rozciąganie, wzmacnianie okazało się bardzo przyjemne. Zaczęłam mieć coraz większą świadomość swojego ciała, zauważać je. Postępy jakie robiłam w ostatnich miesiącach jeszcze bardziej motywowały mnie do dalszej praktyki. Waga wróciła do tej sprzed ciąży, a ciało stało się smuklejsze, elastyczne i silniejsze. Trudno więc się nie zakochać ?

Akceptacja

Joga nazywana jest również medytacją w ruchu. Pozwala oderwać się od codzienności i skupić się na swoim ciele i umyśle. Co jednak najistotniejsze, joga uczy akceptacji. To nie jest aktywność, w której z kimkolwiek rywalizujemy, może jedynie sami ze sobą pokonując własne słabości. Kluczem praktyki jest zaakceptowanie barier, blokad i niedoskonałości, zauważenie siebie takim jakim się jest tu i teraz, a nie takim jakich ma się życzenie być. Jest to w jakiś sposób nierozerwalnie połączone z medytacją i pewnie dlatego joga wywarła na mnie tak duże wrażenie.

Tak zupełnie na marginesie jestem pełna podziwu i uznania dla międzynarodowego internetowego studia jogi Yoga International, ich nauczyciele są nad wyraz ludzcy i daleko odbiegają od ideałów medialnych. Moją ulubienicą i inspiratorką jest Dianne Bondy ? Jest najlepszym dowodem na to, że joga jest dla każdego.

Joga i medytacja

Mimo, że praktykuję medytację znacznie dłużej niż jogę wiem, że te dwie aktywności bardzo do siebie pasują i nie jest to przełomowe odkrycie, bo szkoły jogi również oferują różne medytacyjne zajęcia. Niektórym ludziom trudno jest wytrwać w bezruchu, odnajdują oni jednak spokój właśnie w pracy z ciałem. W swoje przyszłej praktyce na pewno chciałabym łączyć te dwa nurty. Pierwsze warsztaty organizowane przeze mnie są oparte właśnie na połączeniu jogi z medytacją, choć nie w sposób narzucający. Ani w jodze ani w medytacji niczego bowiem nie musisz.

Co na to nauka?

S. Radoń pisze: Wyniki badań dowodzą, że niektóre typy jogi, stosowane zarówno osobno, jak i razem z innymi metodami terapii, wywierają zdecydowanie pozytywny wpływ na leczenie depresji, lęku ( lęk uogólniony, zespół stresu pourazowego). Wyniki innych badań pokazują, że praktyka jogi wywiera pozytywny wpływ na takie zaburzenia jak: nowotwór, migreny, nadciśnienie, cukrzyca, astma, chroniczny ból. Ponadto praktykowanie jogi wywiera istotny wpływ na poprawę ogólnego dobrostanu.

Jon Kabat-Zinn w opracowanym przez siebie kursie medytacji (MBSR) również wykorzystuje elementy jogi.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę co powyższe trudno znaleźć minusy praktykowania jogi. Jak ze wszystkim jednak jedni będą to czuli i da im to podstawę do fizycznego i duchowego rozwoju, a inni się w tym nie odnajdą i nadal będą poszukiwać czegoś dla siebie. Każda droga jest właściwa.

Jeśli należysz do tych, którzy czują tematy medytacyjne lub jogowe to zachęcam do obserwacji bloga. Zapewniam, że będzie dużo ciekawych wydarzeń, nie tylko tych internetowych ?

Medytacja, a depresja

Należę do kilku grup na facebooku, w których czasem poruszane są tematy medytacji i jej wpływu na depresję. Zazwyczaj wywiązuje się dość burzliwa dyskusja, często rad udzielają osoby nie będące psychologami i nie mające pojęcia ani o samym schorzeniu, ani o technikach medytacyjnych. Rady bywają krzywdzące i niebezpieczne dla chorych na depresję. Postanowiłam więc nieco zgłębić ten temat, gdyż jest on w pewnym sensie bardzo szczególny i w kontekście medytacji wymaga nieco innego podejścia.

Nie udzielam tutaj rad, a prezentuję to co mają do powiedzenia specjaliści.

Czym jest depresja?

Depresja wielka jest ciężkim zaburzeniem psychicznym, które obejmuje cztery obszary:

Afektywny – doznanie smutku, poczucie pustki i beznadziei, obniżenie nastroju

Poznawczy-  zaniżona samoocena, poczucie braku kompetencji, przeświadczenie o braku możliwości kierowania swoim życiem,

Behawioralny- utrata zainteresowania światem, brak motywacji do działania, wycofanie społeczne, spowolnienie lub pobudzenie,

Somatyczny – osłabienie systemu odpornościowego, liczne schorzenia medyczne, zmiana wzorca snu (zbyt długi lub zbyt krótki), zaburzenia apetytu.

Depresja jest zaburzeniem nawracającym, z każdym kolejnym epizodem prawdopodobieństwo wystąpienia następnego wzrasta. W kolejnych epizodach depresyjnych dochodzi do wzmocnienia skojarzeń między pojawieniem się negatywnego nastroju, a aktywacją depresyjnych wzorców myślowych. Pierwszy epizod depresyjny poprzedzony jest zazwyczaj silnie stresującymi wydarzeniami, kolejne występują już przy coraz mniejszych bodźcach ( dochodzi do uwrażliwienia). Dzieję się tak przez obniżenie progu neurobiologicznego, przy którym wyzwala się depresja.

Chory wpada w pułapkę niewłaściwej interpretacji swoich odczuć. Nie szkodzi mu obniżony nastrój, lecz sposób w jaki na niego reaguje. Nawykowe wysiłki by wyrwać się z aktualnego stanu, jeszcze mocniej pogrążają chorego w depresji.

Istotną kwestią przy wystąpieniu zaburzeń depresyjnych jest poznanie jej przyczyn, symptomów nawrotu choroby oraz postępu i rokowań co do wyleczenia. Duże prawdopodobieństwo nawrotów oraz obecność tendencji samobójczych wymaga bardzo dużej ostrożności w oddziaływaniach terapeutycznych. Stosowanie metod o słabej skuteczności albo długotrwałych może okazać się zgubne w skutkach.

Środowiska psychiatryczne są zgodne co do konieczności stosowania farmakoterapii, głównie ze względu na jej szybką efektywność. Jednocześnie przyznają, że odstawienie farmaceutyków zazwyczaj wiąże się z nawrotem choroby.

Dane statystyczne

Około 12% mężczyzn i 20 % kobiet na jakimś etapie życia przeżyje epizod depresji wielkiej.

Pierwszy epizod depresji wielkiej przypada zazwyczaj w okresie 20-30 rokiem życia. Część ludzi doświadcza pierwszego epizodu w późnym dzieciństwie lub w okresie dojrzewania.

Każdy epizod depresji zwiększa ryzyko wystąpienia kolejnego o 16% (nowsze badania mówią o 50% prawdopodobieństwie nawrotu po pierwszym epizodzie, 70% po drugim epizodzie i aż 90% po trzecim epizodzie).

W USA 10 milionów ludzi bierze leki antydepresyjne.

10-15% chorych na depresję popełnia samobójstwo.

Według danych zgromadzonych przez WHO w latach 1990-2013 liczba osób cierpiących na zaburzenia depresyjne lub/i lękowe wzrosła o 50%, oznacza to, że w 2013 stwierdzonych przypadków było ok. 615 milionów ( co 10 mieszkaniec Świata), WHO szacuje jednak, że co piąty mieszkaniec Ziemi cierpi na zaburzenia depresyjno-lękowe.

Metody leczenia

Poza klasyczną psychoterapią oraz farmakoterapią za skuteczną metodę uznaje się również Terapię Poznawczą Opartą na Uważności (MBCT – Mindfulness Based Cognitive Therapy)

To rodzaj krótkoterminowej terapii mający na celu skupienie uwagi chorego na „tu i teraz”. Istotą techniki jest rozpoznanie przez chorego i oderwanie się od ciągu powtarzających się wzorców myślowych. Mówiąc inaczej, chory zauważa pewne schematy myślowe, izoluje się od nich i nie utożsamia się z nimi. Wzmacnia swoje przekonanie, że nastrój podlega ciągłym zmianom, a o problemach można myśleć w różny sposób.

Na początku terapii dokonuje się identyfikacji myśli automatycznych i dysfunkcyjnych , następnie pracuje się nad ich modyfikacją.

Badania ( prowadzone na przestrzeni 2007-2017 ) dowiodły, że metoda ta skutecznie zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia kolejnych epizodów depresyjnych. Należy jednak podkreślić, że jej skuteczność dotyczy przede wszystkim pacjentów po drugim lub trzecim epizodzie depresyjnym. Nie wykazano znaczących przeciwwskazań do stosowania MBCT, przy założeniu, że pacjent przebywa pod opieką specjalistów, a terapię odbywa u certyfikowanych nauczycieli MBCT.

Podsumowanie

Opis zagadnienia jest dość naukowy i zwięzły. Opracowując temat korzystałam z prac dr Stanisława Radonia, dr Kabat-Zinna, dr Segal’a oraz artykułów dostępnych na WHO i w American Journal od Psychiatric.

Cierpiąc na depresję na pewno nie należy uprawiać samowolki. Chory powinien przebywać pod opieką specjalistów i z nimi konsultować ewentualnie ścieżki terapeutyczne. Nie jest prawdą, że przy tej chorobie medytacja może wyłącznie zaszkodzić. Istotnym jest jednak wybór właściwiej szkoły i kompetentnych nauczycieli.

Pozycje książkowe, które w sposób szczególny mogę polecić to: Świadomą drogą przez depresję, Segal, Kabat-Zinn, Teasdale, Williams.

Medytacja, a psychoterapia

Chemia

Z historii, którą opisałam można wywnioskować, że sceptycznie podchodzę do psychoterapii. Nie pomogła mi w walce z zaburzeniami lękowymi, a ponadto terapeuta nie należał do najlepszych w swoim zawodzie (w mojej subiektywnej ocenie). To jednak zupełnie nie tak. Ludzie jak to ludzie nie są idealni i popełniają błędy. Ja poszukując terapeuty wybrałam na chybił trafił. Miało być blisko, z dobrymi opiniami w goglach oraz z rozsądnym cennikiem. Mimo, że od początku nie czułam chemii z terapeutą, nie zdecydowałam się na zmianę. Lęk był wówczas tak intensywny, że każdy wysiłek tego typu był ponad moje możliwości. Pierwszy wniosek jest więc taki, że terapeuta musi Ci pasować, musisz czuć z nim porozumienie i chemię. Moim błędem był brak reakcji na dyskomfort jaki czułam podczas sesji.

W opracowaniu dr Rakonia, znalazłam informacje, że medytacja wpływa na dziewięć kluczowych aspektów życia, są nimi: regulacja procesów cielesnych, dostrojona komunikacja, równowaga emocjonalna, elastyczność odpowiedzi, empatia, wygaszanie lęku, intuicja i moralność. Podkreśla on jednak, że pierwszych siedem może być rezultatem bezpiecznego przywiązania dziecka do opiekuna lub pacjenta do terapeuty. Można więc wnioskować, że rola terapii w leczeniu zaburzeń lękowych jest bardzo istotna, a w niektórych przypadkach wystarczająca.

Rodzaj terapii

Drugą kwestią jest rodzaj terapii, wybrałam wtedy poznawczo-behawioralną (według badań ten rodzaj terapii wykazuję najlepszą skuteczność w leczeniu zaburzeń lękowych), nie wnikając specjalnie czym różni się od innych. Dziś uważam, że znacznie lepsza i bardziej odpowiadająca moim oczekiwaniom byłaby terapia ACT lub Gestalt. Warto więc poczytać choćby podstawy na temat każdego nurtu i pod tym kątem szukać terapeuty. Warto również by terapeuta miał pojęcie o wpływie medytacji na redukcję stresu.

Dlaczego warto?

Celem medytacji (SMT) jest skuteczne obniżenie napięcia, zarówno fizycznego jak i psychicznego, którego niski poziom przekłada się na ustąpienie objawów zaburzeń lękowych (mówiąc w wielkim skrócie). W momencie kiedy tego doświadczamy kolosalnie poprawia się jakość naszego życia i często nie chcemy więcej drążyć tematu, bo jest dobrze jak jest.

Uważam, że to nie najlepsze podejście. Należy pamiętać, że choroby nerwowe nie są wirusem, który łapiemy z powietrza. Biorą się raczej z różnych trudnych, niejednokrotnie traumatycznych przeżyć, które nastąpiły w okresie poprzedzającym wybuch choroby (lub w dzieciństwie). Sensownym podejściem jest przepracowanie tych tematów wraz z psychoterapeutą.

Psychoterapia równolegle z medytacją?

To jest całkowicie indywidualna kwestia. Nic nie stoi na przeszkodzie by robić to równolegle (chyba, że lekarz zalecił inaczej, tak może się dziać zwłaszcza w przypadku osób z zaburzeniami depresyjnymi). Moje doświadczenie jest takie, że poziom lęku podczas psychoterapii był tak wysoki, że uczestnictwo w niej było zupełnie bez sensu. Nie mogłam skupić się na rozmowie z terapeutą, wskutek intensywnych analiz wyciągałam absurdalne wnioski. Bywało, że sesje terapeutyczne pogłębiały jeszcze bardziej moje poczucie bezradności i bezsilności. Sprawa miała się zupełnie inaczej po wyzdrowieniu. Wówczas byłam zdolna do spokojnych i głębokich przemyśleń. Nie bałam się już konfrontacji ze sobą, ani z żadnym trudnym tematem.

Podsumowanie

Decyzja o uczestnictwie w terapii jak i o podjęciu praktyki medytacji zawsze należy do osoby zainteresowanej. W kontekście zaburzeń lękowych uważam, że obydwa kierunki są niezbędne, kolejność jest jednak sprawą indywidualną.

« Older posts

© 2020 Powrót do równowagi

Theme by Anders NorenUp ↑