Opisanie tej historii nie należy do prostych. Czuję jednak, że bez tego ten blog straci na wiarygodności, a Ty czytelniku, zwłaszcza jeśli cierpisz na zaburzenia lękowe, dużo mniej z niego wyniesiesz. 

Podczas czytania zapewne zrodzi się wiele pytań. Cały blog jest poświęcony w dużej mierze tematyce opisanej poniżej. Sama mam pokusę wiele wątków rozwinąć już tutaj, byś nie musiał dociekać. Jest to jednak niemożliwe, artykuł miałby wówczas długość porządnej książki, a pisanie bloga straciłoby sens.  

Początek

Urodziłam się niedługo przed zmianą ustroju w Polsce, całe dwa lata przed ‘89. Swój pierwszy komputer i telefon miałam w wieku nastu lat i to bliżej osiem niż jeden. Oznacza to tyle, że dzieciństwo spędziłam raczej na podwórku, wisząc na trzepaku, wspinając się po drzewach i siedząc w książkach. Uczyłam się bardzo dobrze, szkołę lubiłam. Należałam raczej do osób otwartych, lubiłam szkolne przedsięwzięcia, udzielałam się w kółku teatralnym, występowałam w apelach, nic nadzwyczajnego ale dowodzi temu, że introwertykiem z urodzenia nie byłam. Mijały lata, zdałam maturę, poszłam na studia.

To był 2007 rok, czytałam artykuł o schizofrenii, dość szczegółowy opis choroby. Czym bardziej zagłębiałam się w tekst tym bardziej robiło mi się słabo. Oblał mnie zimny pot, przed oczami miałam kolorowe plamy, czułam, że tracę oddech. Ocknęłam się chwilę później nie wiedząc za bardzo co się stało, czując jedynie przerażenie i niezrozumienie ( tak, to był pierwszy atak paniki, artykuł o schizofrenii był wyzwalaczem). Szybko powiązałam treść artykułu z moim stanem i uznałam, że tematyka chorób psychicznych tak mnie stresuje, więc muszę tego unikać. Niestety kilka godzin później przy zupełnie innej czynności sytuacja się powtórzyła. Z każdym dniem lęk rozlewał się coraz szerzej, na początku napady trwały po kilka minut, po kilku miesiącach potrafiły rozlewać się na cały dzień. Przestałam normalnie sypiać, budziłam się kilkakrotnie w ciągu nocy zlana potem, notorycznie wstawałam o 4 nad ranem wybudzona falą irracjonalnego strachu ( tak zwane „ostrze poranka”). Miałam problem z koncentracją, atakowały mnie natrętne myśli ( w różnych okres dotyczyły różnych tematów), doświadczałam odrealnienia,  czułam się kompletnie zagubiona i widziałam, że „to coś” atakuje mnie coraz bardziej. Zaczęłam podejrzewać u siebie chorobę psychiczną, co wprawiało mnie w jeszcze większe przerażenie. Ostatecznie kompletnie skołowana poszłam do psychiatry.

Wizytę wspominam średnio, lekarka była oschła i niemiła, wytłumaczyła mi jednak co mi dolega. Dowiedziałam się czym jest atak paniki. Wytłumaczyła, że to co mnie dotyka to chorobowa postać lęku, zdiagnozowała zespół lęku uogólnionego oraz depresję. Z jednej strony byłam załamana taką diagnozą z drugiej poznałam imię i charakter wroga. Psychiatra zaleciła terapię i przepisała leki. Leków nie brałam ( miałam ogromne pokłady siły i pewności, że dam sobie radę bez tego), na terapię poszłam. Terapia pomogła mi zrozumieć co się dzieje z moim ciałem, czym są lęki które odczuwam, pomogła mi rozwikłać różne trudne tematy z dzieciństwa, ale nawet w najmniejszym stopniu nie pomogła zredukować towarzyszącego mi poczucia lęku ( temat terapii rozwinę w jednym z artykułów).

Bez zmian

Na co dzień funkcjonowałam można powiedzieć normalnie ( dla otoczenia) , chodziłam na studia, chodziłam do pracy, unikałam jednak wszystkich „dodatkowych” sytuacji gdzie mógłby mnie dopaść lęk lub atak paniki. Każdy dzień kosztował mnie wiele wysiłku, spinałam się do granic możliwości by „dać radę”. Czułam, że żyję na pół gwizdka. Czułam się jak w klatce. Miałam przecież tyle marzeń i planów. Na początku wiązałam wielkie nadzieje z tym, że terapia pomoże mi dojść do siebie, ale z czasem coraz bardziej dostrzegałam, że mimo mojego głębokiego zaangażowania w ten proces nic się nie poprawia. Kiedy terapeuta zasnął podczas sesji, ostatecznie zrezygnowałam ( po dwóch latach uczęszczania). Nie oznacza to jednak, że podważam zasadność i skuteczność uczestniczenia w terapii, wręcz przeciwnie ale o tym później.

Z drugiej strony instynktownie i podświadomie czułam, że musi istnieć jakieś rozwiązanie, że przecież przed pierwszym atakiem paniki byłam zupełnie inną osobą, że to się nie mogło zmienić na zawsze.

Ciągle poszukiwałam rozwiązania. Wypożyczałam lub kupowałam książki dotyczące zaburzeń lękowych, ich przebiegu, sposobów leczenia, neurobiologii.  Szukałam opracowań naukowych dotyczących pracy z osobami zaburzonymi. Po przeczytaniu dostępnej literatury w języku polskim zaczęłam sięgać po opracowania amerykańskie i australijskie. Grzebałam po forach ( tam dopiero było widać ilu jest chorych i jak bardzo pozbawieni są nadziei, aż kipiały pesymizmem i niechęcią do życia).

Mijał piąty rok choroby, bywało, że odchodziła na jakiś czas, że miałam kilka tygodni, względnego spokoju. Nabierałam wówczas nadziei, że może odeszła na zawsze, by potem mocno się rozczarować kolejnym ( zawsze silniejszym niż poprzedni) nawrotem. W szczytowym momencie przy ostatnim silnym nawrocie byłam tak słaba, zrezygnowana i bezsilna, że nie potrafiłam wyjść z łóżka przez cztery dni. To był ten moment kiedy wielu chorych ma poważne myśli samobójcze. Ja ich nie miałam, ale doskonale pamiętam tę czarną otchłań. Podejrzewam, że był to rodzaj depresji, niejako wtórnej, bo spowodowanej długotrwałą walką bez efektów. Mieszkałam wówczas sama, więc nikt specjalnie nie ingerował, a ja z kolei byłam daleka od tego by wciągać kogokolwiek w swoje bagno. Nie to żebym nie miała wsparcia rodziny, zawsze mogłam liczyć na mamę, siostrę i bliskich przyjaciół, niewiele o tym rozmawialiśmy, ale wiem, że wszyscy zawsze byli gotowi pomóc, zresztą czasem z tej pomocy korzystałam. Motywowała mnie też praca, lubiłam ją, lubiłam współpracowników, poza tym angażowałam się w to co robię i nawalenie na polu zawodowym nie wchodziło w grę.

Przełom

Czytywałam bloga pewnej dziewczyny, był świetny bo bardzo naukowy i merytoryczny, a takie lubię. Pamiętam, że miała na imię Małgosia, zmagała się z tym co ja, u niej jednak przebieg choroby był znacznie ostrzejszy, cierpiała na agorafobię ( w wielkim skrócie lęk przed wychodzeniem z domu), często była hospitalizowana w szpitalach psychiatrycznych. Małgosia polecała różne ciekawe książki, w jednym z postów zaproponowała pozycję Pauline McKinnon „Wycisz strach”, książkę, która miała zmienić wszystko ( a która jest już niedostępna na polskim rynku).

Zakupiłam ją bez wahania, z recenzji wynikało, że autorka książki i australijski lekarz dr Ainslie Meares podchodzą do tematu zaburzeń lękowych nieco inaczej niż wszyscy do tej pory i jako metodę leczenia proponują medytację opracowaną przez tegoż właśnie doktora.

„Wycisz strach” to opis życia Pauline i jej zmagań z nerwicą lękową, a przede wszystkim z agorafobią. Jej długą drogę przez wielu specjalistów, psychiatrów i terapeutów, aż do poznania doktora i wypróbowania jego metody ( opisania historii jej powstania), wyleczenia i prowadzenia ośrodka medytacyjnego ( po dzień dzisiejszy).

Powiedzieć, że po lekturze tej książki na nowo nabrałam nadziei to jak nie powiedzieć nic. Byłam pełna entuzjazmu i jednocześnie strachu przed tym, że znów może się nie udać. Na tym etapie nie mogłam już niczego stracić.

Wyzdrowienie

Pauline pisała, że najdłuższy okres przez jaki jej pacjent praktykował medytację i zdrowiał wynosił dwa i pół roku, postanowiłam więc, że tyle będę próbować, jeśli nic się nie wydarzy dam spokój. Siedem lat temu pierwszy raz usiadłam do medytacji. Medytowałam codziennie mniej więcej przez godzinę. Po dwóch miesiącach widziałam pierwsze efekty. Koszmary i nocne zrywy zaczęły zanikać, byłam spokojniejsza, ataki paniki były coraz rzadsze i coraz słabsze. Przestałam reagować emocjonalnie na trudne dla mnie tematy ( w trakcie choroby wrażliwość jest tak potężna, że chory niejednokrotnie nie potrafi ani mówić ani myśleć o stresorach, bo to automatycznie generuje ataki paniki i inne przykre dolegliwości). Byłam absolutnie zdumiona i naprawdę nie dowierzałam, że to działa. Zaczęłam lepiej sypiać, Czułam się lepiej, z każdym miesiącem widziałam postępy. Wychodziłam do ludzi, nieśmiało realizowałam, niektóre plany i marzenia. Najdłużej utrzymywało się „ostrze poranka”. Po dwóch latach medytacji nie było już nawet tego. Przyszedł on, upragniony, ukochany, wyczekiwany przez lata spokój. Przyszedł w takiej jakości w jakiej nie czułam go nigdy wcześniej.

Być może zastanawiasz się dlaczego nie zaczęłam o tym pisać od razu, minęło przecież pięć lat od wyzdrowienia. Jestem dosyć ostrożna, wiem jak wiele kosztował mnie każdy zawód na drodze do równowagi. Nie chciałam nikogo wprowadzić w błąd, chciałam mieć pewność, że choroba nie wróci, a medytacja nie okaże się rozwiązaniem chwilowym. Zależało mi by wystawić się na jeszcze jedną emocjonalną próbę. Tą próbą okazały się narodziny mojej córki. Zachodząc w ciążę miałam pewne obawy, czy tak duża burza hormonów, stres jakim jest poród i połóg, odpowiedzialność jaką niesie ze sobą nowo narodzone dziecko nie zburzy tej konstrukcji. Matylda ma dziś ( kiedy piszę ten artykuł) 2,5 roku i nie było ani jednego momentu, w którym padłby na mnie choć cień tamtego chorobliwego lęku. Za to mam za sobą najcudowniejsze, świadome i pełne zaangażowania ponad dwa lata macierzyństwa.

Po wyzdrowieniu napisałam maila do Pauline z podziękowaniem za wydanie książki i uratowanie mi życia. Utrzymujemy kontakt do dziś, pracujemy nad umożliwieniem mi odbycia kursu nauczycielskiego z metody SMT. Problem polega na tym, że kurs odbywa się w Australii w Melbourne, co w sposób ekstremalny podnosi koszt całego przedsięwzięcia. Nie jest to jednak niemożliwe do osiągnięcia.

Posłowie

Wszystko w moim życiu ułożyło się w taki sposób by doprowadzić mnie dziś właśnie tutaj. Głęboko wierzę, że tamte doświadczenia da się przekuć w materiał pomocny innym ludziom.

Statystyki mówią, że co piąty Polak cierpi na zaburzenia nerwowe/depresyjne, większość chorych jednak o tym nie mówi. Często nie mają pojęcia co im dolega, a nawet jeśli są świadomi to niechętnie dzielą się tym z otoczeniem, zakładając ( często słusznie) brak zrozumienia wobec tej dolegliwości. W najlepszym razie uczęszczają na terapię lub biorą leki. W najgorszym radzą sobie sami, przeżywając z mozołem kolejny dzień, z nadzieją, że być może jutro będzie inaczej. O medytacji słyszał mało kto, bardzo chciałabym to zmienić.

Wewnętrzny spokój pomaga zebrać myśli. Pozwala dostrzec to co jest naprawdę ważne. Wewnętrzny spokój jest przeciwieństwem uzależnienia. 

Medytacja pomaga obniżyć poziom stresu, pomaga opanować emocje, zmniejszyć nadwrażliwość na bodźce. Po latach choroby, później zdrowia, po przeczytaniu wielu książek i odbyciu wielu ciekawych rozmów uważam, że aby osiągnąć pełnię wewnętrznego spokoju, harmonii i poczucia sensu w życiu nie wystarczy pozbyć się somatycznych objawów choroby.

Koniecznym jest uświadomienie sobie, że jedyne na co mamy w życiu wpływ to my sami, nasze myślenie, nasze ciało, tutaj jednak kończy się jurysdykcja każdej jednostki. Czym bardziej zabiegamy o to by posiąść ludzi dookoła nas, by nimi rządzić i ustawiać ich pod siebie, czym bardziej roszczeniowo jesteśmy nastawieni do świata, tym dalej jesteśmy od celu. Szacunek do wolności osobistej własnej i drugiego człowieka, akceptacja rzeczywistości oraz zdarzeń na które nie mamy wpływu i zaufanie jako podstawa wszelkich relacji to fundamenty na których buduje się trwałe poczucie sensu, szczęścia i spełnienia. To również fundamenty zdrowych relacji partnerskich, małżeńskich czy przyjacielskich.

Życzę Ci miłej lektury bloga,

I czekam na Ciebie po drugiej stronie, po stronie spokoju.

Marta Wróbel