Jacek Walkiewicz w jednej ze swoich książek napisał, że za wstydem stoi już tylko samobójstwo. Uczucie wstydu jest tak silnym i deprecjonującym odczuciem, że człowiek zrobi bardzo wiele by go do siebie nie dopuścić. Jeśli mimo wszystko czara wstydu się wyleje, często staje on przed czarną przepaścią końca wszystkiego.

Czym jest zatem wstyd?

Nieodzownie jest on powiązany z tym co myślą o nas inni. Czasem odczuwamy wstyd wyłącznie wewnątrz siebie, żałując czegoś co zrobiliśmy niewłaściwie i czego nie możemy już cofnąć. Najgorsza forma wstydu jest wtedy gdy istnieje ryzyko, że inni ludzie odkryją nasz sekret i zostaniemy odrzuceni. Należy pamiętać, że bycie odrzuconym jest najpoważniejszą z ludzkich obaw.

Często wstydzimy się siebie, swoich potrzeb, marzeń, pragnień. Jeżeli w dzieciństwie krytykowano nas za nasze specyficzne zachowania (zwłaszcza obiektywnie nie negatywne) lub wygląd, mamy tendencję do odcinania się od tej części naszego wnętrza, która naraża nas na wykluczenie i brak akceptacji otoczenia (w naszym odczuciu nas naraża). Żyjemy w dysonansie. Z jednej strony pragniemy się rozwijać, nasze ukryte potrzeby próbują przebić się na powierzchnię, a z drugiej przyjmujemy wyuczony schemat postępowania (maskę) by nie narażać się otoczeniu. Trwamy w napięciu trzymając wszystkie linki tej konstrukcji w mocno zaciśniętej dłoni, by nie pozwolić jej runąć.

Poza wstydem lub w powiązaniu z nim towarzyszą nam również inne bolączki wzmagające konieczność utrzymywania fasady. Boimy się bezbronności wynikającej z całkowitej szczerości, boimy się wstrząsu jaki pozostawia po sobie porażka, boimy się wkraczać w nowe środowiska, boimy się, że nasze dzieci nie będą takie jakbyśmy sobie wyobrażali. Przeraża nas utraty materialnych rzeczy. Perspektywa choroby lub śmierci jest dla nas nie do przyjęcia. Tak wiele energii wkładamy w to by się bronić, przed swoimi lękami, przed światem zewnętrznym.

Jaką cenę płacimy za utrzymywanie fasady?

Każdy mógłby część powyższego tekstu dopasować do siebie, przeważająca większość ludzi przeżywa większość lub część z wymienionych wyżej doznań (oraz wiele innych). Wszyscy stosujemy właściwe sobie mechanizmy obronne. Jedni w poczucia zagrożenia wycofają się, inni przyjmą postawę defensywną, jeszcze inni będą bardzo wylewni albo z premedytacją będą upokarzać innych, budując tym samym własne ego. Za każdą z tych reakcji stoi strach.

Nawykowo strach zwalczamy napięciem. Spinamy się w sobie by pokonać zagrożenie. Szukamy natychmiastowej gratyfikacji by poczuć choć chwilę ulgi. Palimy, pijemy, zjadamy tony niezdrowego jedzenia, pędzimy samochodem, podnosimy głos, roznosi nas w korku czy w  kolejce. Nie potrafimy zwolnić. Reagujemy impulsywnie, bez namysłu, choć prawie nigdy sytuacja tego nie wymaga.

Jedni wskutek szybkiego tempa zapadają na różne somatyczne choroby, bóle głowy, bezsenność, chorobę wrzodową, wysokie ciśnienie krwi. U innych po przekroczeniu granicy wytrzymałości życia w napięciu pojawi się lęk, depresja, wypalenie.

Fasada się chwieje, w końcu się przewraca.

Co dalej?

Dalej jest różnie. Większość próbuje wykorzystać jedyne znane im metody na radzenie sobie z przykrymi i przytłaczającymi doznaniami, czyli zagłuszyć je (alkohol, leki, inne środki odurzające, uzależniające rozrywki). Inni poszukają pomocy u specjalistów. A u części zrodzi się potrzeba poszukania spokoju, odkryją oni bowiem, że to co ich męczy płynie głęboko ze środka i to z tym środkiem należy pracować. Poczują, że w uciekaniu i szarpaniu się nie znajduje się wyjście. Zapragną puścić wszystko czego tak kurczowo trzymali się dotychczas. Medytują, odpuszczają, uczą się słuchać siebie. A potem jest inaczej niż było dotychczas, spokojniej, głębiej, pełniej, jaśniej. Nie potrzeba się już napinać, już nic się w głowie nie kotłuje, nie trzeba się tak mocno chronić. Można żyć w pełni.